Słowem wstępu
Joe Hill to amerykański pisarz, którego proza oscyluje wokół grozy, horroru i obyczaju. Początek jego kariery datuje się na rok 1997, kiedy to debiutował opowiadaniem 'The Lady Rests'. Od tego czasu pisał i publikował w magazynach kolejne teksty.

W roku 2005 ukazała się pierwsza książka Hilla, zbiór opowiadań 'Upiory XX wieku'. Książka zyskała bardzo dobre opinie wśród krytyków i czytelników, zdobyła też prestiżowe nagrody Bram Stoker Award czy British Fantasy Award. O tym jakie wrażenie wywarł na odbiorcach debiut Joe'ego może świadczyć fakt, iż zaraz po informacji, że pisarz pracuje nad swoją pierwszą powieścią, wytwórnia filmowa Warner Bros. nabyła prawa do ekranizacji książki. 'Pudełko w kształcie serca' trafiło do księgarni w roku 2007.

Wtedy też okazało się, iż Joe Hill to syn Stephena i Tabithy King.
Gaz do dechy

Wstęp. Kim jest twój tata?


Co wieczór mieliśmy nowego potwora.
Uwielbiałem tę książkę, Bring on the Bad Guys, wielki, gruby zbiór komiksowych historii, i jak możecie się domyślić z tytułu, nie opowiadała ona właściwie o bohaterach. Przeciwnie, była to antologia historii o najgorszych z najgorszych - bestialskich psychopatach o imionach takich jak Abomination i równie odstręczających twarzach.
Tata musiał mi czytać tę książkę każdego wieczoru. Nie miał wyboru. Był to pakt na miarę Szeherezady. Gdyby nie czytał, nie wyleżałbym w łóżku. Wyśliznąłbym się spod kołdry z nadrukiem Imperium kontratakuje i włóczył się po domu w majtkach ze Spider-manem, z obślinionym kciukiem w buzi i ukochanym wyświechtanym kocykiem przerzuconym przez ramię. Kiedy coś mnie naszło, potrafiłem włóczyć się tak całą noc. Tata musiał czytać, dopóki oczy nie zamieniły mi się w szparki, a i wtedy musiał mnie zapewnić, że idzie tylko zapalić papierosa i zaraz wróci.
Moja mama uważa, że cierpiałem na tę dziecięcą bezsenność z powodu traumy. Kiedy miałem pięć lat, dostałem w twarz łopatą do odgarniania śniegu i trafiłem do szpitala. W dobie lamp lava, włochatych dywanów i palenia papierosów w samolotach rodzicom nie wolno było zostać z dzieckiem na noc w szpitalu. Rodzinna wieść niesie, że zbudziwszy się sam w środku nocy, postanowiłem uciec. Pielęgniarki złapały mnie wędrującego z gołym tyłkiem po korytarzu, włożyły do łóżeczka i przypięły siatkę, żebym nie mógł ponownie wyjść. Wrzeszczałem, dopóki nie ochrypłem. Jest to tak cudownie przerażająca i gotycka historia, że należy ją uznać za prawdziwą. Mam tylko nadzieję, że łóżeczko było czarne i zardzewiałe, a jedna z pielęgniarek wyszeptała "To wszystko dla ciebie, Damien!"
Uwielbiałem podludzi z Bring on the Bad Guys: opętane, wrzeszczące istoty stawiające absurdalne żądania, wpadające w szał, kiedy nie dostaną tego, czego chciały, jedzące rękami i gryzące swoich wrogów. Oczywiście, że je uwielbiałem. Miałem sześć lat. Tyle rzeczy nas łączyło.
Tata czytał mi te historie, wodząc palcem od obrazka do obrazka, żeby moje zmęczone oczy mogły śledzić akcję. Gdyby ktoś mnie zapytał, jaki głos miał Kapitan Ameryka, odpowiedziałbym: głos mojego taty. Podobnie przerażające Dormammu. Podobnie Sue Richards, Niewidzialna Kobieta - ta ostatnia miała głos mojego taty udającego dziewczynę.
Wszyscy byli moim tatą. Co do jednego.

Większość synów należy do jednej z dwóch kategorii.
Jeden chłopiec patrzy na swego tatę i myśli: Nienawidzę tego sukinsyna i przysięgam na Boga, że nigdy nie będę taki jak on.
Drugi chce być dokładnie taki jak jego tata - tak samo życzliwy, tak samo wolny - i czuć się tak samo dobrze we własnej skórze. Taki chłopiec nie boi się, że będzie podobny do ojca, zarówno w słowach, jak i w czynach. Boi się jedynie, że mu nie dorówna.
Myślę, że pierwszy z nich to chłopiec, który zgubił się w cieniu swojego ojca. Pozornie może się to wydawać sprzeczne z intuicją. W końcu to gość, który patrzył na swego tatę i postanowił od niego uciec jak najszybciej i jak najdalej. Jak bardzo trzeba się oddalić od swego rodzica, aby się uwolnić?
A jednak na każdym najważniejszym zakręcie życia nasz koleś odkrywa, że ojciec stoi tuż za jego plecami: na pierwszej randce, na ślubie, na rozmowie kwalifikacyjnej. Każdy wybór musi być zważony i odniesiony do przykładu Taty, aby nasz chłopak wiedział, jak postąpić odwrotnie... W ten sposób złe relacje syna z ojcem ciągną się w nieskończoność, nawet jeśli nie rozmawiają ze sobą od lat. Chłopak nieustannie ucieka, lecz nic dzięki temu nie osiąga.
Drugi dzieciak słyszy słowa Johna Donne'a - Cieniami ojców ledwie jesteśmy, rzucanymi w południe - kiwa głową i myśli: To prawda, psiakrew! Miał fart, piekielny, niesprawiedliwy, głupi fart. Może być wolny i niezależny, ponieważ taki był jego ojciec. Ojciec, który w ogóle nie rzuca cienia. Przeciwnie, staje się źródłem światła, dzięki któremu syn widzi przed sobą teren trochę wyraźniej i znajduje własną drogę.
Staram się nie zapominać, jakim jestem szczęściarzem.

W dzisiejszych czasach jeśli podoba nam się jakiś film, możemy go obejrzeć ponownie i uważamy to za coś normalnego. Znajdziemy go na Netflixie, kupimy na iTunes albo szarpniemy się na DVD ze wszystkimi dodatkami.
Jednak przed rokiem 1980, jeśli obejrzało się film w kinie, to prawdopodobnie nie widziało się go drugi raz, dopóki nie pojawił się w telewizji. Najczęściej odtwarzało się sceny w pamięci - w nader zdradliwym i nieuchwytnym formacie, choć niepozbawionym zalet. Spora część filmów wygląda znacznie lepiej w zatartych wspomnieniach.
Kiedy miałem dziesięć lat, tata przyniósł do domu pierwszy czytnik Laserdisc - prekursora nowoczesnych odtwarzaczy DVD. Kupił też trzy filmy: Szczęki, Pojedynek na szosie oraz Bliskie spotkania trzeciego stopnia, nagrane na olbrzymich, mieniących się dyskach przypominających nieco śmiercionośne frisbee, którymi Jeff Bridges rzucał w Tronie. Każdy opalizujący krążek zawierał dwadzieścia minut nagrania wideo na obu stronach. Kiedy skończył się dwudziestominutowy fragment, tata musiał wstawać i zmieniać stronę.
Przez całe lato oglądaliśmy w kółko te trzy filmy. Po jakimś czasie dyski się pomieszały i przez dwadzieścia minut Richard Dreyfuss wspinał się wśród kurzu na górę Devils Tower, aby dosięgnąć świateł kosmitów na niebie, a przez kolejne dwadzieścia minut Robert Shaw walczył z rekinem, który w końcu przegryzał go na pół. W końcu trzy odrębne opowieści zamieniły się w jeden filmowy patchwork o na wpół oszalałych ludziach uciekających przed drapieżnikami i wyglądającymi w niebo po ratunek.
Kiedy tego lata szedłem pływać w jeziorze i zanurzywszy się w wodzie, otwierałem oczy, byłem pewien, że zobaczę wielką białą plamę rzucającą się na mnie z ciemności. Niejeden raz słyszałem pod wodą własny krzyk, a kiedy wchodziłem do swojego pokoju, podświadomie czekałem, aż moje zabawki ożyją i w nadprzyrodzony sposób zamienią się w groteskowe żywe istoty zasilane energią promieniującą z przelatującego UFO.
A za każdym razem, kiedy jechałem z tatą na przejażdżkę, bawiliśmy się w Pojedynek na szosie.
Wyreżyserowany przez dwudziestoletniego Stevena Spielberga Pojedynek na szosie opowiada o ofermowatym everymanie (granym przez Dennisa Weavera), który jadąc plymouthem, ucieka gorączkowo przez kalifornijską pustynię przed ścigającym go anonimowym i niewidocznym kierowcą ryczącej cysterny. Była to (i nadal jest) upiornie słoneczna wersja Hitchcocka, a zarazem chromowana manifestacja niezmierzonego potencjału reżyserskiego jego twórcy.
Kiedy wybieraliśmy się z tatą na przejażdżkę, lubiliśmy udawać, że ściga nas wielka ciężarówka. Od czasu do czasu tata wciskał gaz, symulując uderzenie wyimaginowanego tira w tył albo w bok. Ja rzucałem się na wszystkie strony na siedzeniu pasażera i wrzeszczałem. Rzecz jasna nieprzypięty pasem. To był 1982 albo 1983 rok i między fotelami leżał sześciopak piwa... a kiedy tata kończył jedną puszkę, pusta wylatywała przez okno razem z papierosem.
W końcu ciężarówka rozgniatała nas na miazgę, tata wydawał przeraźliwy wrzask i jechał zygzakiem na znak, że nie żyje. Czasami jechał tak całą minutę - z wywieszonym językiem i przekrzywionymi okularami, aby dowieść, że ciężarówka rozkwasiła go na dobre. To była zawsze gigantyczna frajda - syn i ojciec giną razem na drodze, zabici przez piekielne Osiemnastokołowe Wcielenie Zła.

Tata czytał mi o Zielonym Goblinie, a mama o Narnii. Jej głos był (jest) kojący niczym pierwszy śnieg. Czytała o zdradzie i okrutnej rzezi z taką samą cierpliwą pewnością jak o zmartwychwstaniu i zbawieniu. Mimo że nie jest osobą religijną, słuchając jej, czułem się, jakbym wchodził do strzelistej gotyckiej katedry wypełnionej światłem i przestrzenią.
Pamiętam martwego Aslana leżącego na kamieniu i mysz skubiącą sznury, które pętały jego ciało. Myślę, że jest to źródło mojego fundamentalnego poczucia przyzwoitości. Żyć przyzwoicie to tyle, co być myszą skubiącą więzy. Jedna mysz to niewiele, ale jeśli dość dużo z nas zacznie podgryzać liny, to może uda nam się wyzwolić coś, co nas ocali przed najgorszym. Może nawet ocali nas przed nami samymi.
Wierzę również nadal, że książki działają według tych samych zasad co zaczarowane szafy. Wciskamy się w małą przestrzeń i wychodzimy po drugiej stronie w ogromny tajemny świat, zarazem wspanialszy i bardziej przerażający niż nasz.

Moi rodzice nie tylko czytali opowieści, lecz również je pisali, i tak się składa, że oboje byli w tym bardzo dobrzy. Tata odniósł taki sukces, że trafił na okładkę "Time'a". I to dwukrotnie! Nazwali go boogeymanem Ameryki. Alfred Hitchcock już wtedy nie żył, więc ktoś musiał zająć jego miejsce. Mój tata nie miał nic przeciwko temu. Boogeyman Ameryki to całkiem popłatna fucha.
Swoimi pomysłami zapładniał umysły reżyserów, a pieniędzmi producentów, tak więc wiele książek doczekało się ekranizacji. Zaprzyjaźnił się z szanowanym niezależnym producentem filmowym, George'em A. Romero. To Romero był tym niepokornym, buntowniczym twórcą, który wynalazł apokalipsę zombie w swoim filmie Noc żywych trupów; tylko że zapomniał zastrzec sobie prawa autorskie do kontynuacji i w efekcie specjalnie się nie wzbogacił. Twórcy Żywych trupów będą mu dozgonnie wdzięczni za to, że tak świetnie reżyseruje i tak beznadziejnie chroni swoją własność intelektualną.
George Romero i mój tata uwielbiali takie same komiksy: paskudne, krwawe, publikowane w latach pięćdziesiątych, zanim banda senatorów i psychiatrów sprzysięgła się, żeby znowu uczynić dzieciństwo nudnym. Opowieści z krypty, The Vault of Horror, The Haunt of Fear.
Romero i mój tata postanowili nakręcić film - Koszmarne opowieści - który miał być komiksem grozy, tyle że na ekranie. Tata zagrał w nim nawet człowieka, który zaraża się patogenem z kosmosu i zamienia się w roślinę. Kręcili w Pittsburghu i tata chyba nie chciał się czuć samotny, więc zabrał mnie ze sobą i upchnął w filmie. Grałem dzieciaka, który zamordował ojca laleczką voodoo, ponieważ odebrał mu komiksy. W mojego filmowego ojca wcielił się Tom Atkins, który w rzeczywistości jest zbyt łagodny i życzliwy, żeby kogokolwiek zamordować.
Film obfitował w odrażające sceny: odcięte głowy, pękające ciała napęczniałe od karaluchów, ożywione trupy wyłażące z bagna. Do charakteryzacji Romero zatrudnił prawdziwego mistrza zbrodni, Toma Saviniego, tego samego czarodzieja brzydoty, który stworzył zombie w Świcie żywych trupów.
Savini nosił czarną skórzaną kurtkę, buty motocyklowe oraz diaboliczną bródkę i brwi wygięte do góry a la Spock. W przyczepie miał całą półkę książek ze zdjęciami z sekcji zwłok. W Koszmarnych opowieściach pełnił dwie funkcje: charakteryzatora i mojej niańki. Spędziłem w jego przyczepie cały tydzień: przyglądałem się, jak maluje rany i rzeźbi szpony. Stał się moim pierwszym idolem. Wszystko, co mówił, było zabawne, a także na swój niesamowity sposób prawdziwe. Walczył w Wietnamie i powiedział, że jest dumny z tego, co tam osiągnął: nie dał się zabić. Uważał, że odtwarzanie masakry w filmach jest dla niego formą terapii i to takiej, za którą płacą mu kupę forsy.
Obserwowałem, jak zamienia mojego tatę w stworzenie z bagna. Przyklejał mu mech do brwi, kosmate gałęzie do dłoni, misterne kępki trawy do języka. Przez kilka dni nie miałem ojca, tylko ogród z oczami. W moich wspomnieniach pachnie wilgotną ziemią leżącą pod stertą jesiennych liści, lecz to prawdopodobnie tylko moja wyobraźnia.
Tom Atkins musiał udawać na planie, że mnie bije, a Savini namalował mi siniaka na lewym policzku. Kręciliśmy tego dnia późnym wieczorem i kiedy skończyliśmy, umierałem z głodu. Tata zawiózł mnie do najbliższego McDonalda. Byłem przemęczony, a zarazem nakręcony, podskakiwałem i krzyczałem, że chcę czekoladowego shake'a, że "obiecał mi czekoladowego shake'a". W którymś momencie tata zauważył, że pracownicy restauracji przyglądają się nam przerażonym i oskarżycielskim wzrokiem. Miałem na twarzy odcisk pięści: pewnie tata zabrał mnie z domu o pierwszej w nocy, żeby kupić mi shake'a jako... co? Przekupstwo, żebym nie doniósł na niego za znęcanie się nad dzieckiem? Opuściliśmy restaurację, zanim obsługa zdążyła wezwać opiekę społeczną, i nie weszliśmy do żadnego innego McDonalda, dopóki nie wyjechaliśmy z Pittsburgha.
Zanim wróciliśmy do domu, nauczyłem się dwóch rzeczy. Po pierwsze, że prawdopodobnie nie czeka mnie kariera aktorska, podobnie jak mojego taty (przepraszam, tato). Po drugie, że chociaż nie mam za grosz talentu aktorskiego, to jednak znalazłem swoje powołanie i cel życia. Przez siedem dni obserwowałem, jak Tom Savini artystycznie masakruje ludzi, jak wymyśla niezapomniane zdeformowane potwory, i zapragnąłem robić to samo.
I to właśnie robię.
Tym sposobem dochodzę do istoty rzeczy, którą chciałem powiedzieć w niniejszym wprowadzeniu: dziecko ma tylko dwoje rodziców, lecz jeśli komuś z was dopisało w życiu szczęście i został artystą, który swoją sztuką może zarabiać na życie, to z czasem dorobi się więcej ojców i matek. Kiedy ktoś pyta pisarza: "Kim jest twój tata?", jedyna uczciwa odpowiedź brzmi: "To skomplikowane".

W liceum poznałem zapalonych sportsmenów, którzy czytali każdy numer "Sports Illustrated" od deski do deski, i fanów rocka, którzy pocili się nad każdym artykułem z "Rolling Stone" niczym wierny studiujący Pismo Święte. Co do mnie, przez cztery lata czytałem "Fangorię", magazyn dla fanów horroru poświęcony kinowym krwawym jatkom, filmom takim jak Coś Johna Carpentera, Zbrodnia ze snu Wesa Cravena i całkiem sporo produkcji ze Stephenem Kingiem w czołówce. Każdy numer "Fangorii" zawierał rozkładówkę, tak jak "Playboy", tylko zamiast kociaka rozchylającego nogi dostawało się psychopatę rozłupującego toporem czaszkę.
"Fangoria" była moim przewodnikiem we wszystkich socjopolitycznych dyskusjach lat osiemdziesiątych, takich jak: Czy Freddy Krueger był za śmieszny? Jaki jest najbardziej odrażający film wszech czasów? I co najważniejsze: Czy powstanie kiedykolwiek lepsza, okropniejsza i bardziej powalająca na kolana przemiana w wilkołaka niż scena z Amerykańskiego wilkołaka w Londynie? (Dwa pierwsze pytania pozostają otwarte, odpowiedź na trzecie brzmi: nie).
W tych czasach nic już nie mogło mnie przestraszyć, ale Amerykański wilkołak zrobił coś równie dobrego: wzbudził we mnie poczucie przerażającej wdzięczności. Miałem wrażenie, że film położył swoją włochatą łapę na idei, która czai się pod powierzchnią każdego dobrego horroru, mianowicie, że być człowiekiem to tyle, co być turystą w prastarym, zimnym i nieprzyjaznym kraju. Jak wszyscy turyści mamy nadzieję trochę się powygłupiać, pośmiać, pobaraszkować, przeżyć niewinną przygodę. Ale tak łatwo się zagubić. Dzień kończy się tak szybko, drogi są tak zwodnicze, a w ciemności czyhają różne rzeczy i szczerzą kły. Aby przetrwać, czasem sami musimy pokazać kły.
Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy zacząłem czytać "Fangorię", zacząłem również pisać, codziennie. Dla mnie było to coś normalnego. W końcu kiedy wracałem ze szkoły do domu, mama siedziała przy pomidorowoczerwonym IBM Selectric i wymyślała swoje historie. Tata robił to samo przy procesorze Wang, najbardziej futurystycznym urządzeniu, jakie przyniósł do domu, od czasu odtwarzacza Laserdisc. Miał czarny ekran - czarny jak najczarniejsza czerń w historii czerni, a na nim pojawiały się słowa w kolorze promieniotwórczej zieleni z filmów science fiction. Przy kolacji rozmawiało się wyłącznie o fantazjach, o postaciach, sceneriach, zwrotach akcji i scenariuszach. Obserwowałem rodziców przy pracy, słuchałem rozmów przy stole i doszedłem do logicznej konkluzji: jeśli sam usiądziesz i przez kilka godzin dziennie będziesz wymyślał różne rzeczy, prędzej czy później ktoś zapłaci za twój wysiłek dużo pieniędzy. Co okazało się prawdą.
Jeśli wstukacie w Google'u: Jak napisać książkę?, otrzymacie miliony wyników, ale w całej tej sprawie jest jeden nieuczciwy sekret: to zwykła matematyka, dodawanie na poziomie pierwszej klasy. Napisz trzy strony dziennie, a po stu dniach otrzymasz trzysta stron książki. Potem wystukaj: Koniec i zrobione.
Pierwszą książkę napisałem, kiedy miałem czternaście lat. Nosiła tytuł: Midnight Eats i opowiadała o prywatnej szkole, w której starsze panie z bufetu siekały uczniów i podawały je na lunch pozostałym dzieciakom. Mówi się, że człowiek jest tym, co je, ja jadłem "Fangorię" i stworzyłem dzieło posiadające wszystkie walory filmu klasy B.
Nie sądzę, aby komuś udało się to przeczytać do samego końca, może poza moją mamą. Jak powiedziałem, napisanie książki jest zwykłą matematyką. Napisanie dobrej książki to całkiem co innego.

Chciałem się nauczyć swojego fachu i miałem nie jednego, lecz dwoje wspaniałych pisarzy żyjących pod tym samym dachem, nie wspominając o powieściopisarzach wszelkiej maści, przechodzących przez drzwi naszego domu średnio co drugi dzień. West Broadway 47 w Bangor w stanie Maine musiało być najlepszą nieznaną szkołą pisarską, lecz jeśli o mnie chodzi, to trwoniono tam czas - z dwóch powodów: kiepski ze mnie słuchacz i jeszcze gorszy uczeń. Alicja w Krainie Czarów zauważa, że często daje sobie dobre rady, ale bardzo rzadko je przyjmuje. Rozumiem ją. Jako dziecko słyszałem ich całe mnóstwo, lecz nigdy żadnej nie przyjąłem.
Niektórzy uczą się wzrokowo. Inni zbierają użyteczne informacje na wykładach lub klasowych dyskusjach. Jeśli chodzi o mnie, to wszystkiego nauczyłem się z książek. Mój mózg pracuje zbyt wolno, aby czerpać korzyści z rozmów, lecz słowa na papierze zawsze na mnie zaczekają. Książki są niezwykle cierpliwe dla powolnych uczniów. W przeciwieństwie do reszty świata.
Moi rodzice wiedzieli, że uwielbiam pisać, i chcieli, abym odniósł sukces. Zdawali sobie również sprawę, że niekiedy tłumaczenie mi różnych rzeczy przypomina gadanie do psa. Nasz corgi, Marlowe, rozumiał kilka ważnych słów, takich jak "spacer" czy "jedzenie", ale to wszystko. Ze mną było niewiele lepiej. Tak więc rodzice kupili mi dwie książki.
Od mamy dostałem Zen in the Art of Writing Raya Bradbury'ego i choć książka ta jest pełna wspaniałych rad, jak wyzwolić w sobie zdolności twórcze, to mnie najbardziej przyciągnął jej język. Zdania Bradbury'ego wybuchają jak petardy w gorący lipcowy wieczór. Było to dla mnie odkrycie na miarę sceny z Czarodzieja z Krainy Oz, kiedy Dorota wychodzi z domu prosto do krainy po drugiej stronie tęczy. Wyłoniłem się z czarno-białego pokoju w świat technikoloru. Środek przekazu stał się przesłaniem.
Dzisiaj przyznaję, że zdania Bradbury'ego wydają mi się trochę przeładowane (nie każdy wers musi być klaunem jeżdżącym na monocyklu i żonglującym pochodniami), lecz kiedy miałem czternaście lat, ktoś musiał mi pokazać wybuchową moc dobrze utkanej, sugestywnej frazy. Przez jakiś czas po przeczytaniu Zen in the Art of Writing nie sięgałem po nic innego poza Bradburym - Słoneczne wino, 451 stopni Fahrenheita i najlepsza ze wszystkich, Jakiś potwór tu nadchodzi. Jak ja uwielbiałem mroczny karnawał, kolejki zniekształcające rzeczywistość, zwłaszcza tę okropną karuzelę na środku, która zamienia dzieci w starców! I jego opowiadania - wszyscy znają opowiadania Bradbury'ego - arcydzieła niesamowitej prozy, które można przeczytać w dziesięć minut i nigdy ich nie zapomnieć. Grzmot, opowieść o myśliwych, którzy zapłacą wysoką cenę za szansę polowania na dinozaury. Albo Syrena, historia prehistorycznego stworzenia, które zakochuje się w latarni morskiej. Jego utwory były pomysłowe, olśniewające i pisane z taką swobodą, że wracałem do Zen in the Art of Writing wielokrotnie, aby zrozumieć, jak on to robił. I rzeczywiście, miał kilka nader solidnych, praktycznych narzędzi do zaproponowania początkującemu pisarzowi. Jedno z nich polegało na sporządzaniu listy rzeczowników w celu wyłowienia pomysłów na fabułę. Do dziś wykorzystuję wariant tego ćwiczenia (zrobiłem z niego własną grę, którą nazwałem "Prezentacja w windzie").
Od taty dostałem książkę Lawrence'a Blocka pod tytułem Telling Lies for Fun and Profit, zawierającą artykuły z poradami dla twórców, które pisał dla "Writer's Digest". Do dziś ją mam. Wpadła mi do wanny, więc jest spuchnięta i zdeformowana, a w miejscach, które podkreślałem, rozmazał się atrament, lecz dla mnie ma taką samą wartość jak pierwsze wydanie z autografem Faulknera. Od Blocka przejąłem ideę, że pisarstwo jest rzemiosłem jak każde inne, jak stolarstwo. Aby zdemistyfikować tę sztukę, Block skupił się na szczegółach, na przykład: Jakie jest najlepsze pierwsze zdanie? Ile szczegółów oznacza za dużo szczegółów? Dlaczego niektóre szokujące zakończenia działają, a inne są do bani?
A także - to mi się szczególnie podoba - jakie korzyści daje pisanie pod pseudonimem?
Blockowi nieobce były pseudonimy. Miał ich na pęczki, używał ich do tworzenia konkretnych tożsamości dla konkretnych utworów. Bernard Malamud zauważył kiedyś, że pierwszym i największym wyzwaniem twórczym pisarza jest on sam; kiedy wymyśli siebie, dzieła zaczną płynąć z tej autokreacji naturalnym strumieniem. Bardzo mi się podobała myśl, że Block, ilekroć miał taką zachciankę, nakładał sobie nową twarz i pisał powieści człowieka, który sam był zmyśloną postacią.
"Oczywiście - powiedział mój tata. - Weź na przykład Such Men Are Dangerous, którą Block napisał jako Paul Kavanagh. Ta książka mniej przypomina powieść, a bardziej napad w ciemnym zaułku".
Such Men Are Dangerous to opowieść o byłym żołnierzu, który robił okropne rzeczy na wojnie, po czym wraca do domu z zamiarem robienia takich samych rzeczy w kraju. Chociaż czytałem tę książkę ponad dwadzieścia lat temu, myślę, że z grubsza rzecz biorąc, tata miał rację. Zdania Bradbury'ego strzelały jak petardy w letnią noc, Kavanagha buchały jak wyziewy z ołowianych rur. Larry Block wydawał się naprawdę miłym facetem. Paul Kavanagh przeciwnie.
Mniej więcej w tym samym czasie zacząłem się zastanawiać, kim bym był, gdybym przestał być sobą.

W liceum napisałem trzy kolejne powieści. Wszystkie łączyła jedna artystyczna właściwość: były do niczego. Mimo to już wtedy rozumiałem, że to normalne. Cudowne dzieci są prawie zawsze tragicznymi postaciami, które świecą jasnym płomieniem przez kilka lat i zanim osiągną dwudziestkę, zostaje po nich kupka popiołu. Wszyscy inni muszą dochodzić do celu pomału, mozolnie, łopata po łopacie. Ciężka, powolna praca wynagradza człowieka emocjonalnymi i intelektualnymi mięśniami oraz solidnymi podwalinami, na których może zbudować karierę. Kiedy więc przychodzą porażki, jest na nie przygotowany, ponieważ już im kiedyś stawiał czoło.
Z naturalnych powodów w college'u zacząłem myśleć o wydaniu niektórych swoich utworów drukiem. Bałem się jednak publikować pod własnym nazwiskiem. Wiedziałem, że nie napisałem jeszcze niczego, co warto by przeczytać. Lecz skąd będę wiedział, czy napisałem coś dobrego, naprawdę dobrego? Martwiłem się, że wyślę wydawnictwu marnotę, a oni ją wydadzą, licząc na szybką kasę zarobioną na nazwisku. Byłem bardzo niepewny siebie, męczyły mnie dziwne (i irracjonalne) obawy. Chciałem mieć pewność, że kiedy sprzedam książkę, to sprzedam ją z właściwych powodów.
Dlatego porzuciłem nazwisko i zacząłem pisać jako Joe Hill. Dlaczego Hill? To skrót od mojego drugiego imienia, Hillström, i kiedy myślę o tym z perspektywy czasu... rany, gdzie ja miałem głowę? Umlaut jest w języku angielskim prawdziwym hard rockiem wśród znaków diakrytycznych, a ja mam go w imieniu i tego nie wykorzystałem. Schrzaniłem swoją największą szansę, żeby zostać metalowcem.
Uznałem również, że powinienem unikać pisania przerażających historii, znaleźć swoje własne tworzywo. No i pisałem chłam w stylu "New Yorkera" - o rozwodach, o wychowywaniu trudnych dzieci, o niepokojach wieku średniego. Tu i ówdzie trafiały się w tych tekstach niezłe zdania i niewiele więcej. Nie miałem zbyt wiele do powiedzenia na temat rozwodów - nawet nie byłem żonaty! Podobnie o wychowywaniu trudnych dzieci. Moje doświadczenia w tej dziedzinie sprowadzały się do tego, że byłem jednym z nich. A w wieku dwudziestu paru lat rozpaczliwie brakowało mi kwalifikacji do wypowiadania się na temat kryzysu wieku średniego.
Poza tymi wszystkimi powodami prawdziwą trudnością w napisaniu dobrego tekstu dla "New Yorkera" był fakt, że nigdy nie lubiłem takich książek. W wolnym czasie czytałem pojebane komiksy grozy Neila Gaimana i Alana Moore'a, a nie Updike'a czy Cheevera o melancholii klasy średniej.
W którymś momencie, prawdopodobnie po dwusetnym odrzuceniu, przeżyłem małe olśnienie. Owszem, jeśli pisałbym książki pod prawdziwym imieniem i nazwiskiem, Joseph King, to wypadłoby niezręcznie, gdybym płodził horrory. Jakbym odcinał kupony od sukcesu taty. Ale Joe Hill był zwyczajnym, anonimowym facetem. Nikt nie znał jego matki ani ojca. Mógł być każdym artystą, jakim zechciał. A chciał być Tomem Savinim na papierze.
Dostajesz takie życie, jakie ci dano, i jeśli zamierzasz pisać, to ono jest twoim atramentem. Jedynym, na jaki możesz liczyć. Mój był po prostu bardzo czerwony.
Kiedy w końcu dałem sobie zgodę na pisanie niesamowitych opowieści o rzeczach nadprzyrodzonych, wszystkie moje problemy znikły prawie w mgnieniu oka i zanim zdążyłem powiedzieć "bestseller New York Timesa", byłem... ha, ha, ha, ha, ha, żartuję. Nadal czekało mnie tworzenie całych stert chłamu. Skleciłem cztery kolejne powieści, które niczego nie osiągnęły. Był wśród nich Paper Angels, trzeciorzędny pastisz Cormaca McCarthy'ego; powieść fantasy dla młodzieży, Złe kociaki doktora Lourdesa (sami się pieprzcie, właśnie, że to świetny tytuł); The Briars, schrzaniony pomysł na thriller w stylu Johna D. MacDonalda, o dwóch nastolatkach na krwawej imprezie. Najlepsze było The Fear Tree, napisane w duchu J.R.R. Tolkiena. Spędziłem nad nim trzy lata i stało się międzynarodowym bestsellerem... w moich snach. W rzeczywistości odrzuciły go wszystkie wydawnictwa z Nowego Jorku i Londynu, a za dodatkowy kopniak w jaja posłużyły odmowy wydawców w Kanadzie, co niechaj nam wszystkim przypomina: nieważne, jak nisko upadłeś, zawsze możesz upaść niżej (wcale tak nie myślę, Kanado).
Podczas gdy płodziłem kolejne powieściowe fiaska, pisałem również opowiadania i w czasie tych miesięcy (i - rety! - lat) zaczęły się w moim życiu dziać również dobre rzeczy. Opowieść o przyjaźni między młodocianym przestępcą i nadmuchiwanym chłopcem włączono do szacownej antologii żydowskiego realizmu magicznego, chociaż jestem gojem (wydawcy to nie przeszkadzało). Opowiadanie o duchu nawiedzającym kino w pewnym miasteczku trafiło do "High Plains Literary Review". Dla większości ludzi niewiele to znaczy, ale ja miałem uczucie, jakbym otworzył tabliczkę czekolady i odkrył w środku złoty kupon. Za nimi poszły następne niezłe opowiadania. Jedno o samotnym kilkunastoletnim chłopcu, który niczym bohater Kafki zamienia się w wielkiego owada, po czym odkrywa, że woli być człowiekiem. Inne o starym odłączonym aparacie telefonicznym, na który czasami dzwonią zmarli. Jeszcze inne o niezrównoważonych synach Abrahama Van Helsinga. I tak dalej. Zdobyłem kilka mniej znaczących nagród literackich i trafiłem do zbiorku najlepszych utworów gatunku. Jedno z moich dziełek przeczytał łowca talentów z Marvel Comics i dał mi szansę napisania własnej jedenastostronicowej opowieści o Spider-Manie.
Nie było to wiele, ale podobno co za dużo, to niezdrowo. Gdzieś w 2004 roku, wkrótce po tym, jak The Fear Tree trafiło ostatecznie w ślepy zaułek, pogodziłem się z myślą, że nie mam w sobie żyłki powieściopisarza. Dałem z siebie wszystko, ale odpadłem. Nie szkodzi. W końcu pisałem dla Spider-Mana. Nawet jeśli nie nauczyłem się pisać powieści, to przynajmniej wiedziałem, że umiem tworzyć całkiem zadowalające opowiadania. Zdawałem sobie sprawę, że nigdy nie dorównam tacie, ale przynajmniej się zbliżałem. To, że nie nadawałem się na powieściopisarza, nie znaczyło, że nie mogę znaleźć zajęcia w świecie komiksu. Niektóre z moich ulubionych historii były właśnie komiksami.
Miałem kilkanaście napisanych opowiadań, wystarczająco dużo, aby wydać zbiór. Postanowiłem je poskładać i przekonać się, czy ktoś się na nie skusi. Nie zdziwiło mnie, że pominęły je milczeniem wielkie domy wydawnicze, które ze zdrowych komercyjnych powodów wolą publikować powieści. Zwróciłem się do świata mniejszych wydawców i w grudniu 2004 roku zadzwonił do mnie Peter Crowther, szacowny dżentelmen stojący za maleńką oficyną ze wschodniej Anglii, PS Publishing. Peter sam pisał niesamowite opowieści i spodobało mu się moje opowiadanie Pop Art, to o nadmuchiwanym chłopcu. Zaproponował mi niewielki nakład Upiorów XX wieku, czym od niechcenia wyświadczył mi przysługę, której nigdy nie spłacę. Pete i kilku innych gości ze świata małych oficyn, jak Richard Chizmar i Bill Schafer, wyświadczają takie przysługi wielu pisarzom, wydając ich książki nie dlatego, że mogą się na nich wzbogacić, lecz ponieważ się im podobają. (Owszem... to sugestia, abyś odwiedził witryny PS Publishing, Cemetery Dance Publications oraz Subterranean Press i wniósł swój wkład we wsparcie dla obiecujących twórców, kupując ich książkę. Śmiało, dobrze to zrobi twojej biblioteczce).
Peter poprosił, żebym napisał jeszcze kilka opowiadań do planowanego zbioru, aby stały się pozycjami "na wyłączność", nigdzie indziej niepublikowanymi. Zgodziłem się i rozpocząłem pracę nad opowieścią o kolesiu, który kupił ducha w internecie. Praca jakoś wymknęła mi się spod kontroli i po trzystu trzydziestu pięciu stronach stwierdziłem, że jednak mam w sobie dar powieściopisarza. Zatytułowałem ją Pudełko w kształcie serca.
Kurczę, czyta się jak powieść Stephena Kinga. Mówiąc uczciwie, zasłużyłem na to.

Zawsze dość późno ujawniałem swoje zdolności, tak więc moja pierwsza książka, Upiory XX wieku, ukazała się, gdy miałem trzydzieści trzy lata. Teraz mam czterdzieści sześć, a kiedy ten zbiór trafi na półki księgarskie, skończę czterdzieści siedem. Uf, dni pędzą na pełnym gazie, aż człowiekowi zapiera dech.
Kiedy zaczynałem pisać, nie chciałem, aby ludzie się dowiedzieli, że jestem synem Stephena Kinga, więc nałożyłem maskę i udawałem kogoś innego. Lecz książki zawsze mówią prawdę, prawdziwą prawdę. W każdym razie dobre książki. Książki, które napisałem, są nieuniknionym produktem ich twórczego DNA: Bradbury'ego i Blocka, Saviniego i Spielberga, Romera i "Fangorii", Stana Lee i C.S. Lewisa, a przede wszystkim Tabithy i Stephena Kingów.
Nieszczęśliwy twórca stoi w cieniu innych, większych artystów i chowa za to urazę. Ale jeśli dopisze ci szczęście - a jak powiedziałem, miałem szczęścia pod dostatkiem i proszę, Panie Boże, niech tak pozostanie - ci inni, więksi artyści rzucą ci światło, abyś odnalazł swoją drogę.
I kto wie? Może pewnego dnia los się do ciebie uśmiechnie na tyle, że będziesz mógł pracować u boku jednego ze swoich idoli. Miałem okazję napisać parę opowiadań razem z ojcem. Było zabawnie. Mam nadzieję, że wam się spodobają; dwa z nich znajdziecie je w tej książce.
Nosiłem maskę przez kilka lat, lecz teraz, kiedy opadła, mogę głębiej odetchnąć.
Na razie to wszystko, co mam do powiedzenia. Czeka nas niezła jazda. W drogę.
Pora na czarne charaktery.

Joe Hill
Exeter, New Hampshire
Wrzesień 2018



copyright © 2010 - 2020 joehill.pl     e-mail     design by Mike Draven / Darek Kocurek / Vincent Chong