Słowem wstępu
Joe Hill to amerykański pisarz, którego proza oscyluje wokół grozy, horroru i obyczaju. Początek jego kariery datuje się na rok 1997, kiedy to debiutował opowiadaniem 'The Lady Rests'. Od tego czasu pisał i publikował w magazynach kolejne teksty.

W roku 2005 ukazała się pierwsza książka Hilla, zbiór opowiadań 'Upiory XX wieku'. Książka zyskała bardzo dobre opinie wśród krytyków i czytelników, zdobyła też prestiżowe nagrody Bram Stoker Award czy British Fantasy Award. O tym jakie wrażenie wywarł na odbiorcach debiut Joe'ego może świadczyć fakt, iż zaraz po informacji, że pisarz pracuje nad swoją pierwszą powieścią, wytwórnia filmowa Warner Bros. nabyła prawa do ekranizacji książki. 'Pudełko w kształcie serca' trafiło do księgarni w roku 2007.

Wtedy też okazało się, iż Joe Hill to syn Stephena i Tabithy King.
Dziwna pogoda

Zdjęcie


Shelly Beukes stała na końcu podjazdu i mrużąc oczy, wpatrywała się w nasz dom z różowego piaskowca, jakby nigdy wcześniej go nie widziała. Miała na sobie trencz, który dobrze wyglądałby na Humphreyu Bogarcie, a w ręce dużą płócienną torbę z wzorem w ananasy i tropikalne kwiaty. Na pewno nie szła do supermarketu, nawet gdyby jakiś był w pobliżu, a żadnego nie było. Dopiero kiedy dobrze się jej przyjrzałem, zrozumiałem, co nie pasuje do tego obrazka: zapomniała butów i jej stopy były tak brudne, że prawie czarne.
Siedziałem w garażu i uprawiałem naukę - tak mój ojciec nazywał to, co robiłem, gdy psułem działający odkurzacz albo pilota do telewizora. Więcej niszczyłem, niż budowałem, chociaż raz udało mi się podłączyć dżojstik Atari do radia i naciskając przycisk FIRE, mogłem przeskakiwać między stacjami. To była dość prymitywna sztuczka, ale zrobiła wrażenie na sędziach podczas targów naukowych w ósmej klasie i dostałem niebieską wstęgę za kreatywność.
Tego ranka, kiedy Shelly pojawiła się na dole podjazdu, pracowałem nad moim pistoletem imprezowym. Wyglądał jak maszyna z pulpowej powieści science fiction, służąca do wytwarzania promieni śmierci: wielki róg wyszczerbionego mosiądzu z kolbą i cynglem od lugera (tak naprawdę, żeby zrobić korpus, zespawałem razem trąbkę i pistolet zabawkę). Ale gdy tylko pociągnęło się za spust, buczał jak trąbka pneumatyczna, zapalały się lampki, a ze środka wylatywał rój konfetti i papierowych wstążek. Miałem nadzieję, że jeśli wszystko dobrze przygotuję, tata i ja zaniesiemy go do fabryki zabawek, a może nawet uda nam się sprzedać patent sieci Spencer Gifts. Jak większość młodocianych inżynierów, uczyłem się, wprowadzając w życie sztubackie żarty. Pokażcie mi choć jednego faceta pracującego w Google'u, który nie marzył o skonstruowaniu gogli połączonych z rentgenem, żeby zaglądać dziewczynom pod spódnice.
Wycelowałem lufę mojego pistoletu w kierunku ulicy i wtedy zauważyłem Shelly, dokładnie przede mną. Odłożyłem blaster i zmrużyłem oczy, by jej się przyjrzeć. Widziałem ją, ale ona mnie nie. Dla niej wnętrze garażu było nieprzeniknione, jak czerń otwartego szybu kopalni.
Miałem zamiar zawołać, ale spostrzegłem jej stopy i tylko zassałem powietrze. Nie odezwałem się, po prostu patrzyłem. Jej wargi poruszały się. Coś do siebie szeptała.
Obejrzała się w stronę, z której przyszła, jakby w obawie, że ktoś się na nią zaczaił. Ale na drodze była sama, a powietrze stało wilgotne i nieruchome pod pokrywą z zachmurzonego nieba. Pamiętam, że wszyscy sąsiedzi wystawili na dwór śmieci, śmieciarki się spóźniały i cała alejka śmierdziała.
Prawie od razu wiedziałem, że nie wolno mi jej przestraszyć. Nie było powodu, żebym zachowywał ostrożność... ale ten pierwotny umysł, który nie ma nic wspólnego ze świadomym rozumem ani racjonalnym myśleniem i który podprogowo analizuje mnóstwo niedostrzegalnych informacji - ten umysł często wie lepiej.
Dlatego kiedy ruszyłem w dół podjazdu, zaczepiłem kciuki o kieszenie i nawet na nią nie spojrzałem. Gapiłem się w horyzont, jakbym obserwował samolot lecący daleko po niebie. Podszedłem do niej tak, jak podchodzi się do zabłąkanego kulawego psa, co to może polizać ci rękę z nadzieją, ale może też rzucić się na ciebie z podwiniętą górną wargą i obnażonymi kłami. Nic nie mówiłem, dopóki nie znalazłem się na odległość ramienia.
- O, pani Beukes! Dzień dobry - odezwałem się, udając, że dopiero teraz ją zauważyłem. - Wszystko w porządku?
Odwróciła głowę w moją stronę, a na jej nalanej twarzy pojawił się spokój.
- Ojej, wszystko mi się pokręciło! Przyszłam tutaj, ale sama nie wiem po co. To nie jest mój dzień sprzątania.
Tego się nie spodziewałem.
Kiedyś, dawno temu, Shelly pucowała, odkurzała i porządkowała nasz dom przez cztery godziny w każde wtorkowe i piątkowe popołudnie. Już wtedy była stara, chociaż ciągle miała rześkość i siłę olimpijskiego mistrza curlingu. W piątki zostawiała nam mięciutkie, nadziewane daktylami ciasteczka zabezpieczone folią Saran Wrap. Och, cóż to były za ciasteczka! Teraz już nigdzie nie można takich dostać i żaden creme brulée z Four Seasons nie smakuje tak do herbaty.
Tylko że to był sierpień 1988 roku, za kilka tygodni miałem rozpocząć liceum, a Shelly, choć sprzątała u nas przez pół mojego życia, wówczas już tego nie robiła. Przestała pracować, kiedy w 1982 roku założyli jej trzy by-passy, a lekarz powiedział, że powinna więcej odpoczywać. Od tego czasu odpoczywała. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem, ale tak naprawdę nie wiadomo, po co w ogóle podjęła tę pracę. Nie potrzebowała pieniędzy.
- Pani Beukes? Może mój tata poprosił, żeby pani przyszła i pomogła Marie?
Marie była jej następczynią, rosłą, niezbyt bystrą dziewczyną po dwudziestce, głośno się śmiejącą i z pupą w kształcie serca, która stanowiła pożywkę dla moich fantazji podczas conocnych ceremonii trzepania wacka. Mojemu ojcu w życiu nie przyszłoby do głowy, że Marie może potrzebować pomocy. A o ile było mi wiadomo, nie spodziewaliśmy się gości. Nigdy ich nie miewaliśmy.
Uśmiech Shelly przybladł na chwilę. Obejrzała się przez ramię, na drogę. Gdy znowu na mnie spojrzała, jej twarz nie była już pogodna, a w oczach lśniło przerażenie.
- Nie wiem, chłoptysiu... może ty mi powiesz. Miałam umyć wannę? Pamiętam, że nie dałam rady tego zrobić w zeszłym tygodniu, pewnie jest nieźle zapuszczona - wymamrotała do siebie, miętosząc między palcami materiał torby. Zerknęła na mnie i jej wargi zacisnęły się z frustracji. - Nożeż do diabła! Pieprzyć to. Wyszłam z domu i zapomniałam pierdolonego ajaxu.
Zamrugałem. Chyba nie zdziwiłbym się bardziej, gdyby rozchyliła płaszcz i pokazała, że pod spodem jest goła. Shelly Beukes nie była sztywną paniusią - pamiętałem jeszcze, jak sprzątała nasz dom w podkoszulku z Johnem Belushim – ale nigdy nie słyszałem, żeby użyła słowa "pierdolić". Nawet "pieprzyć" to było jak na nią za dużo.
Shelly nie zauważyła mojego zdumienia i mówiła dalej:
- Powiedz tacie, że wanną zajmę się jutro. Wystarczy mi dziesięć minut i będzie lśniła, jakby nikt nigdy nie usadził tam swojej dupy.
Jej płócienna torba otworzyła się. Zajrzałem do środka i zobaczyłem poobijanego, brudnego krasnala ogrodowego, kilka pustych puszek po napojach gazowanych i jednego starego adidasa.
- Już lepiej pójdę do domu - odezwała się nagle Shelly, prawie jak robot. - Afrykaner będzie się zastanawiał, dokąd poszłam.
Afrykaner to był jej mąż, Lawrence Beukes, który przyjechał z Kapsztadu jeszcze przed moim urodzeniem. W wieku siedemdziesięciu lat Larry Beukes był jednym z najpotężniej zbudowanych mężczyzn, jakich znałem; z wyrzeźbionymi ramionami i żyłami na szyi wyglądał jak były kulturysta, jak siłacz z cyrku. Musiał tak wyglądać, to był jego służbowy obowiązek. Zbił majątek na sieci siłowni, które otworzył w latach siedemdziesiątych, kiedy karierę rozpoczynało naoliwione, zdumiewające cielsko Arnolda Schwarzeneggera. Larry iArnie kiedyś pojawili się razem w jednym kalendarzu. Larry był lutym i rozciągał się na śniegu, nie mając na sobie nic oprócz malutkiej, czarnej pieluszki na jaja. Arnie był czerwcem: lśniąc, stał na plaży, a na każdym gigantycznym ramieniu trzymał dziewczynę w bikini.
Shelly jeszcze raz zerknęła przez ramię, a potem odeszła, powłócząc nogami, w kierunku, który wcale nie prowadził do jej domu. Gdy tylko odwróciła głowę, zapomniała o mnie; można to było poznać po wyrazie jej twarzy. Zaczęła poruszać wargami, szepcząc do siebie cichutkie pytania.
- Shelly! Czekaj, chciałem zapytać pana Beukesa, czy... o... -
Próbowałem wymyślić jakiś wspólny temat, który pan Beukes i ja moglibyśmy mieć do rozmowy. - Czy nie potrzebuje kogoś do koszenia trawnika? Czy masz coś przeciwko temu, żebym poszedł z tobą do domu?
Chwyciłem ją za łokieć, zanim zdążyła ruszyć dalej. Podskoczyła, jakbym podkradł się znienacka, zaraz jednak uśmiechnęła się wyzywająco.
- Mówiłam staruszkowi, że musimy zatrudnić kogoś do cięcia… - Jej oczy przygasły. Nie mogła sobie przypomnieć, co trzeba było ściąć. W końcu potrząsnęła lekko głową i powiedziała: - ...tego czegoś, już od dawna. Chodź ze mną. I wiesz co? - Pacnęła mnie w dłoń. – Chyba mam trochę tych ciasteczek, które lubisz.
Puściła oko i przez chwilę byłem pewny, że mnie rozpoznaje, a nawet wie, kim sama jest. Shelly Beukes oprzytomniała, by po sekundzie znów odpłynąć. Widziałem, jak opuszcza ją świadomość, jak jej wewnętrzne światło staje się słabą poświatą.
Więc odprowadziłem ją do domu. Miałem wyrzuty sumienia, bo musiała stąpać bosymi stopami po gorącej drodze. Było duszno, latały komary. Po jakimś czasie zauważyłem, że twarz kobiety poczerwieniała, a na jej starczych wąsach pojawiły się kropelki potu. Pomyślałem, że powinna zdjąć płaszcz, chociaż - przyznaję - przemknęło mi przez myśl, że naprawdę może nie mieć nic pod spodem. Była tak skołowana, że nie mogłem tego wykluczyć. Ale przełamałem się i spytałem, czy mogę ponieść jej trencz. Pokręciła szybko głową.
- Nie chcę zostać rozpoznana.
To było tak cudownie zwariowane, że na moment zapomniałem o całej sytuacji i odpowiedziałem, jakby Shelly ciągle była tą osobą przy zdrowych zmysłach, która lubiła teleturnieje i z brutalną determinacją czyściła piekarniki.
- Przez kogo? - spytałem.
Pochyliła się w moją stronę i prawie wysyczała:
- Przez Pana Polaroida. Tę przebiegłą łasicę w kabriolecie. Zawsze robi zdjęcia, kiedy Afrykanera nie ma w pobliżu. Nie wiem, ile już zabrał tym swoim aparatem, ale na więcej mu nie pozwolę. - Złapała mnie za nadgarstek. Jej ciało wciąż było otyłe, z dużym biustem, rękę jednak miała kościstą i szponiastą jak u czarownicy z bajki. - Nie pozwól się sfotografować. Nie daj mu niczego sobie zabrać.
- Będę miał na niego oko. Ale naprawdę, pani Beukes, zagotuje się pani w tym trenczu. Poniosę go, dobrze? I razem będziemy uważać na tego faceta. Wskoczy pani w płaszcz, jak tylko ten koleś się zbliży.
Odchyliła głowę i zmrużywszy oczy, przyjrzała mi się, jakbym był dopiskiem drobnym drukiem w podejrzanej umowie. W końcu westchnęła, zrzuciła płaszcz i podała mi go. Pod spodem nie była co prawda goła, ale miała na sobie czarne gimnastyczne szorty i podkoszulek włożony tyłem do przodu i na lewą stronę, z metką powiewającą pod podbródkiem. Jej nogi były węźlaste i szokująco białe, łydki poprzecinane żylakami. Przewiesiłem sobie przepocony i pomięty płaszcz przez ramię, podałem jej rękę i ruszyliśmy.
Drogi w Golden Orchards, naszym małym osiedlu na północ od Cupertino, wiły się jak zapętlone liny, ani jednego prostego odcinka. Na pierwszy rzut oka domy wyglądały na zbudowane w najróżniejszych stylach - tutaj hiszpański stiuk, tam kolonialna cegła. Jeśli jednak spędziło się w okolicy trochę czasu, dało się zauważyć, że za każdym razem był to mniej więcej jeden i ten sam dom - ten sam układ wnętrz, ta sama liczba łazienek, okna w takim samym guście - przebrany w rozmaite kostiumy.
Dom Beukesów naśladował styl wiktoriański, ale motywem przewodnim była plaża: w cementową ścieżkę wiodącą do schodków wciśnięto muszle, a na frontowych drzwiach wisiała wypłowiała rozgwiazda. Może siłownia pana Beukesa nazywała się Fitness Neptun albo Atleci z Atlantydy? A może był to jakiś żarcik z maszyn do ćwiczeń Nautilus? Już nie pamiętam. Wiele z tego dnia - piętnastego sierpnia 1988 roku - ciągle tkwi w mojej pamięci, ale chyba nawet wtedy nie wszystko było dla mnie jasne.
Podprowadziłem ją do drzwi i zapukałem, a następnie zadzwoniłem. Chociaż był to jej dom, czułem, że nie mogę tak po prostu jej tam zostawić. Pomyślałem, że muszę powiedzieć Larry'emu Beukesowi, gdzie się podziewała, i dać mu do zrozumienia - w jakiś niezbyt krępujący sposób - że nieco pomieszało jej się w głowie.
Nic nie wskazywało na to, że Shelly rozpoznaje swój dom. Stała u podnóża schodów, rozglądała się na boki i cierpliwie czekała. Kilka chwil wcześniej sprawiała wrażenie przebiegłej, nawet trochę groźnej. Teraz wyglądała jak znudzona babcia chodząca od drzwi do drzwi ze swoim wnuczkiem skautem, dotrzymująca mu towarzystwa podczas sprzedaży subskrypcji czasopism.
Trzmiele zanurzały się w pochylonych białych kwiatach. Pomyślałem, że Larry Beukes chyba rzeczywiście powinien wziąć kogoś do przycięcia trawnika. Podwórko było zaniedbane i zarośnięte, wszędzie sterczały mlecze. Ścianom przydałoby się mycie pod ciśnieniem, pod okapem widać było plamy grzyba. Dawno tam nie zaglądałem i nie mogłem sobie przypomnieć, kiedy po raz ostatni tak naprawdę przyglądałem się domowi, a nie tylko prześlizgiwałem po nim spojrzeniem.
Larry Beukes zawsze dbał o swoją własność, starannie i energicznie jak pruski marszałek polny. Dwa razy w tygodniu, w obcisłej koszulce, pchał ręczną kosiarkę, popisując się naprężonymi mięśniami opalonych ramion i skierowanym w niebo podbródkiem (miał cholernie dobrą postawę). Inne trawniki były zielone i porządne. Jego był bez skazy.
Gdy to wszystko się wydarzyło, miałem zaledwie trzynaście lat. Dopiero teraz rozumiem to, co wtedy do mnie nie docierało: sprawy wymykały się Lawrence'owi Beukesowi spod kontroli. Codziennie po trochu przestawał sobie radzić i dotrzymywać kroku niewygórowanym wymaganiom podmiejskiego życia, przerastała go nawet opieka nad kobietą, która sama nie potrafiła już o siebie zadbać. Myślę, że tylko dzięki wrodzonemu optymizmowi i przyzwyczajeniu - albo, jeśli wolicie, wewnętrznej sprawności, podobnej do tej fizycznej - parł dalej i oszukiwał samego siebie, że ciągle daje radę.
Zacząłem się już zastanawiać, czy nie lepiej będzie odprowadzić Shelly z powrotem do mojego domu i tam z nią poczekać, kiedy na podjazd skręciła dziesięcioletnia ciemnoczerwona limuzyna pana Beukesa. Jechał jak uciekinier ścigany przez Starsky'ego i Hutcha, a podczas skręcania uderzył jedną oponą o krawężnik. Wyskoczył na podwórko, cały spocony, i od razu potknął się tak, że omal nie upadł.
- O Jezu, tu jezdeź! Szukałem cię przez całą drogę do piekła i z powrotem! Prawie dozdałem przez ciebie zawału.
Akcent Larry'ego przywodził na myśl apartheid, tortury i dyktatorów siedzących na pozłacanych tronach w marmurowych pałacach, po których ścianach biegały salamandry. Można się było nieźle pomylić, bo pan Beukes zarobił pieniądze, przerzucając żelazo, a nie krwawe diamenty. Nie był oczywiście bez wad - głosował na Reagana, twierdził, że Carl Weathers był wybitnym aktorem, i wzruszał się, słuchając Abby - ale szanował i kochał żonę i wobec tego słabości jego charakteru nie miały znaczenia.
- Coź ty robiła? - mówił dalej. - Wyszedłem tylko do pana Bannermana zpytadź, czy ma detergent, wracam, a ty znikasz jak dziewczyna ze sztuczki Davida Copperfielda.
Chwycił Shelly za ręce, jakby chciał nią potrząsnąć, ale tylko ją objął. Popatrzył na mnie ponad jej ramieniem, a w jego oczach zalśniły łzy.
- Wszystko w porządku, panie Beukes - powiedziałem. - Nic jej nie jest. Trochę się... zgubiła.
- Nie zgubiłam się - odparła Shelly i uśmiechnęła się do męża porozumiewawczo. - Po prostu ukrywałam się przed Panem Polaroidem.
Pokręcił głową.
- Szzz. Zamilknij, kobieto. Zabierzmy dzię z tego złońdza i... o Panie, twoje ztopy! Powinienem cię zmusidź, żebyź je zdjęła, zanim wejdziesz. Nanieziesz wrzędzie brudu. Jego słowa były oschłe, ale oczy miał wilgotne, a głos zachrypły od zranionych uczuć, jakby mówił do ukochanego starego kota, który wdał się w bójkę i wrócił do domu bez ucha.
Minął mnie, wspiął się po ceglanych schodkach i wszedł do środka. Uznałem, że już o mnie zapomniał, i miałem sobie pójść, kiedy on odwrócił się i stuknął mnie drżącym palcem w nos.
- Mam coź dla dziebie - powiedział. - Nie odfruwaj jeszcze,Michaelu Figlione.
I zatrzasnął drzwi.



copyright © 2010 - 2020 joehill.pl     e-mail     design by Mike Draven / Darek Kocurek / Vincent Chong