No i ty oraz Gabriel, z tego, co słyszałem w innych wywiadach, naprawdę mieliście partnerską relację. Siadaliście razem i wymienialiście się pomysłami.
Wiesz, co jest w tym śmieszne? Fox nakręcił pilota Locke and Key do serialu, który nigdy nie został wyemitowany. Gabe i ja spotkaliśmy się w Pittsburghu, gdzie kręcili ten odcinek, i obaj byliśmy tam przez około tydzień, i nawiasem mówiąc, ten pilot wyszedł wspaniale, był piękny, wyglądał jak produkcja Spielberga z jego środkowego okresu. Naprawdę serce się kraje, że nie trafił na antenę. Ale jeśli chodzi o samą produkcję serialu, super było zobaczyć, jak to powstaje, ale najlepsze z całego tego doświadczenia były wieczory, kiedy po zdjęciach Gabe i ja wracaliśmy do hotelowego baru i tam siadaliśmy, żeby porozmawiać o komiksie. W ciągu tego tygodnia wspólnie zarysowaliśmy większość tła fabularnego oraz cały finał serii i to było naprawdę NASZE. To nie była MOJA historia, mój plan, to była NASZA historia i NASZ plan. I kilka z najważniejszych pomysłów w ostatnich siedmiu zeszytach pochodziło od Gabe’a, to on rzucał: „A co, jeśli zrobimy to tak?”, a ja na to: „O mój Boże, to genialne!”. I właśnie na taką współpracę człowiek liczy. Jestem dumny z powieści, z opowiadań, z komiksów, moje dobre odczucia względem mojej twórczości rozkładają się dość równomiernie. Jestem naprawdę zadowolony z tego, co udało mi się zrobić. Ale jeśli chodzi o to, przy czym najlepiej mi się pracowało? Nie wiem, czy kiedykolwiek będę miał projekt, który sprawi mi tyle frajdy co Locke and Key. To było jak gra w zespole. Jak granie w zespole rockowym. Ja byłem perkusistą, Gabe był tym fajnym gitarzystą prowadzącym, Robbie Robbins był wokalistą, Jay Fotos grał na klawiszach, a Chris Ryall, nasz redaktor, był basistą. Zawsze czułem, że się nawzajem napędzamy. Ciągle byliśmy zgrani. A, wiesz… pisanie to samotna robota. To zupełnie inna sprawa.
Kiedy zaczynałeś Locke and Key, to od razu mówiłeś: „Hej, jestem otwarty na pomysły”, czy raczej czułeś, że to jest twoje dziecko, a dopiero z biegiem czasu, przez sześć – siedem tomów…
Rozwijaliśmy się razem. Niezbyt daleko od mojego domu rośnie dziwne drzewo, przez które przechodzi linia energetyczna. I to drzewo jakoś rośnie wokół tego kabla. I właśnie tak było ze mną i z Gabrielem – rozwijaliśmy się razem. Ale na początku… Napisałem cztery powieści, których nigdy nie udało mi się sprzedać. Przez dekadę napisałem te cztery książki, które nigdzie nie trafiły, i dotarłem do momentu, gdzieś pod koniec dwudziestki albo na początku trzydziestki, kiedy poczułem, że chyba nie mam w sobie powieściopisarza, że oddałem swój najlepszy strzał i po prostu mi nie wyszło. Ale miałem na koncie całkiem sporo opowiadań, które sprawiały mi radość i z których byłem dumny, kilka zdobyło nagrody albo trafiło do antologii „najlepszych z najlepszych”. I to właśnie te opowiadania przyciągnęły uwagę łowczyni talentów z Marvel Comics. Zaprosiła mnie do napisania jedenastostronicowej historii ze Spider-Manem. I to był mój wielki przełom. Pamiętam, jak wtedy pomyślałem: „Wiesz co, to w porządku. Marzyłem o tym, żeby być powieściopisarzem, ale skoro to się nie uda, to przynajmniej będę scenarzystą komiksów i to brzmi całkiem nieźle”.
Masz okazję opowiadać historie.
Mógłbym skończyć jako scenarzysta Ghost Ridera i byłbym całkowicie szczęśliwym człowiekiem. Więc zrobiłem Spider-Mana, to był mój pierwszy opublikowany komiks i byłem naprawdę podekscytowany. Miałem świetne doświadczenie przy pracy nad nim. I oczywiście od razu chciałem więcej, więc przedstawiłem Marvelowi kilka propozycji, ale żadna z nich nie została przyjęta. Próbowałem też w DC, w Dark Horse, i tam też nic z tego nie wyszło. Ale jedna z propozycji to była historia o nawiedzonym domu, pełnym niesamowitych kluczy, gdzie każdy klucz otwierał inne drzwi i uruchamiał inną nadprzyrodzoną moc. I ten pomysł utkwił mi w głowie. W tamtym czasie byłem młodym ojcem i miałem wrażenie, że pieluchy kończyły się zawsze o jedenastej w nocy.
Znam ten stan.
Wychodziłem więc o jedenastej wieczorem, kompletnie wykończony, jeździłem po mieście szukając pieluch. A myśli wracały do tej historii o nawiedzonym domu i wymyślałem nowy klucz. Pisałem tę historię w głowie przez dwa–trzy lata.
Przeczytałem na razie dwa pierwsze tomy Locke and Key.
Myślę, że naprawdę złapałem rytm dopiero w trzecim tomie. Pierwsze dwa były dobre, ale czuję w nich, że jeszcze się staram, walczę. W trzecim natomiast nauczyłem się płynąć z opowieścią. Nauczyłem się, jak to zrobić lekko, przyjemnie, i tak, jakbym już dokładnie wiedział, co robię.
Czy to była kwestia wzrostu pewności siebie – „okej, to działa”? Czy może pogłębiającej się współpracy z Gabrielem?
To wszystko razem, ale też kwestia obycia z formą, bo robiłem to regularnie. Co miesiąc musiałem oddawać kolejny 22-stronicowy scenariusz, żeby utrzymać ciągłość. I w pewnym momencie mój mózg zaczął działać automatycznie, trafiałem w odpowiednie momenty dokładnie wtedy, kiedy trzeba. Na początku tak nie było, na początku musiałem walczyć, żeby scenariusz płynął dobrze, żeby wydarzenia działy się we właściwym tempie, żeby właściwie rozłożyć rytm zeszytu. Ale kiedy zacząłem pracować nad Locke and Key: Crown of Shadows, wszystko zaczęło się dziać we właściwym czasie, zupełnie intuicyjnie. Wtedy już przyswoiłem podstawowe zasady formy i mogłem po prostu się bawić.
Pisarze często mówią o potrzebie budowania rytuału wokół pisania. Więc przy Crown of Shadows czułeś już, że to się stało twoją rutyną? Takie „Okej, tak to już będzie wyglądać”?
Byłem też bardziej oswojony z postaciami. Poznałem je, pisząc je, i w każdej sytuacji zacząłem instynktownie wiedzieć, jak ten konkretny bohater by zareagował. To też bardzo ułatwiało. I myślę, że dlatego właśnie pisanie powieści jest takie trudne. Bo trudno zbudować rytuał, każda książka wymaga innego rytuału. Problem z pisaniem powieści polega na tym, że każda z nich, niezależnie od tego, ile ich wcześniej napisałeś, jest zupełnie nowym zestawem zagadek i problemów, które nie mają nic wspólnego z poprzednimi książkami. I właśnie dlatego warto je pisać. To jest ożywcze, trochę straszne, ekscytujące, i wymaga sporo potu, żeby zrobić to dobrze. Przy komiksach można się nauczyć formy, mają pewien zrytualizowany kształt. To jak pisanie sonetu. Ale w przypadku powieści nie ma jednego właściwego sposobu. Komiks musi mieć 22 strony. Ale powieść? Może mieć 150 stron, może być dwutomowa, może mieć i 1000 stron.
To, co mówisz, przypomina mi coś, co Neil Gaiman napisał we wstępie do Amerykańskich bogów. Skończył pierwszą wersję powieści i rozmawiał z jakimś pisarzem sci-fi, chyba Gene’em Wolfe, i powiedział: „Chyba już wiem, jak się pisze powieści”. A ten pisarz mu na to: „Nie, ty wiesz, jak się napisało TĘ powieść”.
Tak! Dokładnie tak, dokładnie tak. Czasem myślę, że dlatego prawie każda moja powieść zaczyna się od tego samego schematu: przez 18 miesięcy męczę się z napisaniem pierwszej jednej trzeciej książki, a potem w ciągu kolejnych sześciu miesięcy piszę dwie trzecie bez problemu. Nie wiem, na czym to dokładnie polega, ale w którymś momencie przychodzi ten niesamowity moment kiedy nagle poznajesz postaci, sytuacje, umiesz sprawić, że początek płynie jak należy, jest przyjemny w czytaniu i wpadasz w rytm. I wtedy resztę książki pisze się z łatwością.
Jest wielu pisarzy, którzy uważają, że historie to coś w rodzaju przedmiotów znalezionych. Czy myślisz, że ten trudny początek to tak naprawdę moment, w którym poznajesz postacie i świat, który stworzyłeś? Potrzeba czasu, żeby się z nim oswoić, poznać jego zasady, zwyczaje i walutę?
Tak, tak. Myślę, że tu w grę wchodzi kilka konkretnych problemów, ale jeden z nich jest taki, że zwykle zaczynam od sytuacji. To zazwyczaj punkt wyjścia całej historii. Na przykład przy Strażaku pomyślałem: „A co, gdyby istniała plaga samospaleń? Co, jeśli byłaby substancja, która przyczepia się do człowieka i której nie można się pozbyć, a która reaguje na emocje, więc gdy odczuwasz lęk czy stres, zaczynasz tlić się od środka? I jeśli nie opanujesz strachu, to płoniesz?”. To był motyw przewodni Strażaka. Sam koncept to najfajniejsza i najłatwiejsza część procesu. Ale potem musisz mieć postacie. A postacie muszą, nieważne jak świetny masz pomysł, muszą coś dla ciebie znaczyć. Musisz je jakoś pokochać, nawet złoczyńców, może ich nawet bardziej ale bohaterów na pewno. Musisz być ciekawy swoich złoczyńców. Musisz ich trochę poznać. To jak poznawanie kogoś w prawdziwym życiu, nie da się tego zrobić w pięć minut, trzeba ich zobaczyć w różnych sytuacjach i środowiskach. Piszę dużo materiału tylko po to, żeby wejść w książkę i z czasem nauczyłem się nie mieć z tego powodu wyrzutów sumienia, bo potrzebuję tego procesu, żeby zrozumieć, kim ci ludzie są. Kiedy dochodzę do punktu, w którym książkę zaczyna się pisać łatwiej, z większą przyjemnością to dlatego, że mam już jasny obraz tych postaci, i dużo łatwiej jest mi złapać flow. Wystarczy wrzucić ich w daną sytuację i już wiem, jak się zachowają. Ale na początku tego nie wiem. Muszę stworzyć mnóstwo materiału, pewnie z 80% tego nigdy nie użyję, tylko po to, żeby dowiedzieć się, co czują, jak patrzą na świat. Ale wiem, że są też inne trudności. Osobiście nie miałem ich wiele. Czasem, przy opowiadaniach, eksperymentowałem z językiem albo z formą. Robiłem coś nietypowego w sposobie prezentacji i wiem, że to też może być dodatkowym wyzwaniem, które spowalnia cały proces. Czasem chodzi o styl, piszesz coś w zupełnie nowym dla siebie stylu i rozwijanie go może być naprawdę trudne. Jak mówiłem, mam wrażenie, że moje powieści są pisane jednym głosem, ale z opowiadaniami już tak nie jest. W opowiadaniach pozwalam sobie na większy zakres formalny. Zdarzyło mi się napisać kilka tekstów, w których sama forma stanowiła poważne wyzwanie.
Na przykład „The Devil on the Staircase” albo „Twittering from the Circus of the Dead”?
Tak, dokładnie. „Twittering from the Circus of the Dead” to świetny przykład, to opowiadanie napisane całkowicie w formie tweetów. Używałem Twittera od niemal początku jego istnienia, wtedy było tam mniej ludzi i takie podejście wydawało się bardziej oryginalne. Teraz dużo osób pisze historie na Twitterze. Ale wtedy to było coś ciekawego, sprawdzić, czy da się zbudować narrację wyłącznie w formie tweetów. „The Devil on the Staircase” z kolei miał taką konstrukcję, że każdy akapit na stronie był ułożony w formie wizualnych schodów.
Nie mogłem rozgryźć, jak to zrobiłeś. Mam wersję w twardej oprawie, a twoje opowiadanie jest tam ostatnie i pamiętam, że jak je przeczytałem, to siedziałem z książką w ręku i myślałem: „To musiała być edycja, edycja ustawiła ten efekt”. Bo sam nie mogłem tego ogarnąć aż do wersji po redakcji.
Co jest naprawdę zabawne, „The Devil on the Staircase” musi być wydrukowane czcionką Courier, bo Courier to czcionka monotypowa, każda litera zajmuje dokładnie tyle samo miejsca. Jeśli zmienisz czcionkę na przykład na Geneva, cały efekt schodów się psuje. To już nie działa. To było ciekawe, bo podczas redakcji, gdy wysłali mi próbki do korekty, próbowałem na nowo ustawić tekst w formie schodów i nie dało się tego zrobić, wszystko było rozwalone. Pracowałem nad tym trzy dni i w końcu zadzwoniłem do mojego redaktora i powiedziałem: „Słuchaj, musimy coś z tym zrobić, bo ja właśnie całkowicie przepisuję to opowiadanie od zera, żeby znów wyglądało dobrze wizualnie.” I stopniowo zrozumieli, co muszą zrobić, żeby tekst wyglądał tak, jak trzeba. I ostatecznie to jedyne opowiadanie w tej antologii, które jest wydrukowane czcionką Courier.