Rozmowa z Joe Hillem po premierze powieści „Król Smutek”
Rozmowę dla BiffBamPop! przeprowadził Andy Burns.
Tłumaczenie: nocny
Andy Burns: Chcę być z tobą całkowicie szczery bo czuję, że to naprawdę ważne. Nie przeczytałem jeszcze całego Króla Smutek.
Joe Hill: Powiem ci, że ostatnie sto stron jest do dupy. (śmiech) Byłem całkiem dumny z pierwszych dwustu, trzystu stron, ale kiedy dotarłem do ostatnich stu, po prostu przestało mi zależeć. Pomyślałem: dobra, wrzucę na stronę byle jakie śmieci i mam to z głowy. (śmiech) Nie no, mam nadzieję, że ci się spodoba. Mam nadzieję, że kiedy dotrzesz do końca, poczujesz, że cała ta podróż była tego warta.
To jest OGROMNA książka.
To ciekawe, teraz kiedy książka jest już na rynku, widzę, że są ludzie którzy czytają ją przez weekend i to jest świetne. Właśnie z myślą o takim tempie ją projektowałem. Mimo że w druku ma jakieś 700-800 stron, są rozdziały, które mają po dwa akapity, jest dużo dialogów, dużo dużych, dynamicznych scen akcji. Im dłuższa jest książka, tym ważniejsze jest, żeby cały czas trzymać gaz wciśnięty do dechy. Chcesz, żeby to pędziło, bo przy takiej objętości istnieje zbyt duże ryzyko, że czytelnik dobrnie do 150 strony i jeśli poczuje, że to przypomina pracę domową, jego zapał po prostu zwiędnie i straci energię, żeby ją dokończyć. Książka musi mieć dobre tempo. Chcesz, żeby narracja nagle, szokująco skręcała w lewo, robiła rzeczy, których czytelnik się nie spodziewał, to jest bardzo ważne.
Skoro mówimy o długości książki, zapytam: czy w procesie redakcyjnym były jakieś poważne cięcia, czy ostatecznie napisałeś książkę dokładnie taką, jaką chciałeś, a jej długość po prostu była, jaka była?
Musiałem wyciąć z niej 200 stron. Była za długa. Ale to normalne. Większość rzeczy, które oddaję, jest dłuższa, niż powinna być. Pracuję ze świetną redaktorką, Jennifer Brehl z wydawnictwa William Morrow. Pracuje nad moimi książkami od samego początku, od Pudełka w kształcie serca, i jest prawdziwą czarodziejką z czerwonym długopisem. Świetnie czuje tekst i mówi: „Nie, tego nie potrzeba. Tego też nie. Musimy przyspieszyć. Ten rozdział może wylecieć”. Myślę, że niektórzy pisarze mają problem z redakcją, ale ja taki nie jestem. Mam silne poczucie tego, co chcę zrobić z książką, a Jen je podziela. Jesteśmy więc po tej samej stronie. A ona potrafi dostrzec rzeczy, których ja już nie widzę. W pewnym momencie tak się w to wciągasz, że przestajesz odróżniać, co napisałeś dla czytelnika, a co tylko dla siebie. Zwłaszcza w czymś takim jak Król Smutek, gdzie jest szóstka przyjaciół, którzy poznają się w 1989 roku i zbliżają dzięki wspólnej fascynacji okultyzmem, a my śledzimy kolejne 25 lat ich życia na tle historii Ameryki. Czasem żartuję, a właściwie to tak pół żartem, pół serio, że jedną z inspiracji dla tej książki był serial Przyjaciele, że cały Król Smutek to jakby dodatkowy sezon Przyjaciół, tylko przerobiony na horror zamiast komedii.
O, to świetne.
Napisałem mnóstwo przekomarzań i żartobliwych dialogów, żeby lepiej poznać bohaterów. Uwielbiam pisać takie rzeczy. Uwielbiam je w dobrych serialach; uwielbiam tę iskrzącą, żywą energię dialogów, coś w rodzaju gorącego jazzowego grania, które czuje się, czytając Elmore’a Leonarda i rozmowy między jego postaciami. Zawsze chciałem, żeby moje dialogi miały właśnie taki charakter, więc zapisuję rozmowami bohaterów wiele stron. Ale większość z tego nie musi wcale trafiać do książki. Większość z tych rzeczy powstała po to, żebym mógł ich poznać, żeby oni mogli się przede mną przedstawić i podzielić swoimi poglądami na różne sprawy. Bo chcę wiedzieć, co moi bohaterowie myślą o wszystkim. Chcę wiedzieć, jakie lubią samochody. Chcę wiedzieć, na kogo głosują, jakie mają poglądy polityczne. Chcę wiedzieć, co ich pociąga, czego się boją. Chcę poznać ich żale i wyrzuty sumienia, co zrobili takiego, co chcieliby cofnąć. Prawdziwa przyjemność z pisania fikcji polega na znalezieniu postaci, która cię ekscytuje i angażuje, a potem badaniu jej jak zagadki.
Kiedy tworzysz postacie i je poznajesz, ile z tego masz już w głowie, albo może w jakiejś formie zapisane, zanim w ogóle usiądziesz do klawiatury i zaczniesz pisać? Czy to jest wcześniej przemyślane, czy raczej rodzi się w trakcie pisania samej powieści?
Pisarz Christopher Isherwood powiedział kiedyś, mówiąc o swoim podejściu do pisania: „Jestem kamerą”. I ja od zawsze podchodzę do pisania w bardzo filmowy sposób. Opisuję film, który widzę w swojej głowie, kiedy rozwija się przede mną scena po scenie. Nie mam właściwie żadnego konspektu ani notatek. Jest jakaś sytuacja i kilka pomysłów na postacie. A potem wrzucam te postacie w intrygującą, zwykle trochę surrealistyczną sytuację i patrzę, jak na nią reagują. Każda książka to eksperyment myślowy, pytanie „co by było, gdyby?”. Co by było, gdyby to przydarzyło się tej konkretnej osobie? Tak naprawdę nie mam planu dla tych bohaterów. I niekoniecznie wiem, jak wszystko się potoczy. Ale jeśli mam silne wyczucie tego, kim oni są, to wiem już wystarczająco dużo, żeby iść dalej. Czasem słyszy się pisarzy mówiących: „Och, wszystkie moje postacie to jakieś wersje mnie samego”. I za każdym razem, gdy to słyszę, myślę: jakie to musi być nudne. Jak nudna musi być taka fikcja do czytania. To jak sala luster, w której odbija się tylko ego jednego pisarza. Nie ma tam miejsca na obserwację. A ja mam poczucie, że pisałem o najróżniejszych ludziach, bardzo ode mnie różnych. I to jest jedna z największych przyjemności.
Dużo mówię o Pudełku w kształcie serca, mojej pierwszej powieści, bo to świetny przykład tego zjawiska. Pudełko opowiada o muzyku heavy metalowym po sześćdziesiątce, który odniósł ogromny sukces. Miał platynowe płyty, teledyski w MTV i tuzin światowych tras koncertowych za sobą. Ale kiedy go poznajemy, jest już na równi pochyłej swojej kariery, to zgorzkniały, pełen gniewu człowiek, mieszkający w rezydencji na północy stanu Nowy Jork ze swoją dużo młodszą dziewczyną, byłą groupie. Jedną z nielicznych przyjemności w jego życiu jest kupowanie rzeczy do swojej gabinetowej kolekcji osobliwości. Ma tam zbiór dziwnych artefaktów: siedemnastowieczne zeznanie czarownicy, ludzką czaszkę zmodyfikowaną w rytualny sposób. Pewnego dnia słyszy o kobiecie, która sprzedaje w internecie garnitur, twierdząc, że jest nawiedzony, bo przyczepiony jest do niego duch. Postanawia, że musi go mieć do swojej kolekcji. Jeśli widziałeś choć jeden horror w życiu, wiesz, jak fatalny to pomysł. A jednak on go kupuje i okazuje się, że duch naprawdę tam jest. I jest bardzo realny oraz bardzo niebezpieczny. Zawsze zakładałem, że ponieważ potrzebujemy bohatera, który jest trochę dupkiem, duch pożre go na śniadanie. Że za późno zrozumie, jak straszny błąd popełnił, i do trzydziestej strony będzie po nim. Ale tak się nie stało. Bo za każdym razem, kiedy na niego „nadeptywałem”, podnosiłem nogę, a on znów wymykał się jak karaluch. Wciąż robił rzeczy, podejmował decyzje, których ja nigdy bym nie podjął. I zawsze znajdował sposób, żeby wykaraskać się z sytuacji bez wyjścia. Fascynującym zaczęło być obserwowanie, jak długo jeszcze uda mu się przetrwać, jak długo będzie się opierał, zanim w końcu uda się go „rozdeptać”. Okazało się, że potrafi wytrzymać 300 stron. Mówiłem o tym kilka wieczorów temu przed publicznością w Edynburgu. Opowiadałem, że on wciąż podejmował decyzje, których nigdy bym się nie spodziewał, których sam bym nie podjął. I widziałem po ludziach, że zaraz zaczną się z tego śmiać. I rozumiem to, to brzmi trochę szalenie, bo przecież to ja wymyśliłem te decyzje. To ja je napisałem. Ale nie wpadłbym na nie, gdybym najpierw nie wymyślił tej postaci. W jakiś dziwny, niemal nadprzyrodzony sposób ta wymyślona osoba, ktoś, kto tak naprawdę nie istnieje, mimo wszystko narzucała pewne decyzje – decyzje, które przychodziły do niego, a nie do mnie.
Chcę cię zapytać o język, bo pewien świetny pisarz, którego obaj bardzo cenimy, kiedyś wyrażał niezadowolenie z tego, że nikt nigdy nie pyta go o język. I myślę o tym, kiedy rozmawiam z pisarzami oraz kiedy sam coś piszę. Czytając Króla Smutku, jedną z rzeczy, które szczególnie doceniam w twoim użyciu języka, jest to, że znajdujesz równowagę w opisie, zarysowujesz scenę, jak na przykład podróż Arthura do więzienia, od której zaczyna się książka, albo bardzo majestatyczny dom dziadka Colina. Ale twoje pisanie nie przytłacza mnie opisami i, mówiąc jako czytelnik, pozwala mi samemu wyobrażać sobie te miejsca, zamiast podawać mi wszystko wprost. Zastanawiam się więc, na ile takie podejście jest dla ciebie czymś naturalnym i organicznym, a na ile świadomym wyborem.
Cóż, pod pewnym względem to właśnie ta część książki martwiła mnie najbardziej, bo jest najbardziej trzeszcząca w szwach, prawda? To ten fragment, który niebezpiecznie zbliża się do granicy kliszy. Mamy szóstkę przyjaciół, którzy poznają się na studiach, a potem używają starożytnej księgi oprawionej w ludzką skórę, żeby przywołać smoka do naszego świata. I to trzeba było rozegrać bardzo ostrożnie. Bo kiedy opowiadasz to w ten sposób, wszystko rozbija się o wykonanie. Finalnie to działa, ale kiedy tak to streszczasz, brzmi to trochę jak: „hmm, czy my już tego gdzieś nie widzieliśmy? Czy to nie jest aby zbyt znajome?” Więc to był fragment książki, o który naprawdę najbardziej się martwiłem. Wiedziałem, że kiedy już przeprowadzę smoka do naszego świata, wszystko ruszy z kopyta. Ale ta część z księgą i przywołaniem, myślałem sobie, że jeśli nie zrobię tego dobrze, to będzie niewypał.
Zgodnie z tym, co mówisz, istnieje „taki” albo „inny” typ historii, ale kiedy robisz to po swojemu, staje się to czymś wyjątkowym.
To tak jak z pytaniem: „jak może powstać jeszcze jedna interesująca powieść o wampirach? Czy wampiry nie są już całkowicie wyeksploatowane?” A potem pojawia się ktoś taki jak Keith Rosson, kto pisze książkę Coffin Moon. To jedna z najlepszych powieści grozy roku. Absolutnie elektryzująca. Świetna pod każdym możliwym względem.






