Rozmowa z Joe Hillem z okazji premiery książki „Dziwna pogoda”

Wywiad przeprowadził Andrew Liptak dla The Verge.

Skąd pomysł na opowiadanie Zdjęcie?

Napisałem Zdjęcie, kiedy byłem w trasie promującej moją trzecią powieść, NOS4A2. Miałem ze sobą notes i trochę czasu do zabicia podczas oczekiwania na lot, więc pomyślałem: „Zacznę opowiadanie”. Tylko że nie wyszło wcale takie krótkie. Rozrosło się tak, że wypełniło cały notes, podkładkę pod talerz i większość kolejnego notesu. Coś uruchomiło moje wspomnienia, kiedy byłem w Kalifornii i zaczynałem nad tym pracować. Przypomniałem sobie gry, w które grałem na moim Commodore 64. Duży wpływ na tę historię miała też biografia Steve’a Jobsa autorstwa Waltera Isaacsona. Jest tam sporo o tym, jak wyglądało dorastanie w Cupertino i okolicach w latach 60. i 70. Pomyślałem: „To ciekawe, mogę połączyć trochę z tego z moimi własnymi wspomnieniami z lat 80. i napisać coś, co w ciekawy sposób uchwyci czas i miejsce”. Pisanie o przeszłości w naturalny sposób przekształciło się w opowieść o pamięci.

Ostatnio widać wysyp historii osadzonych w tamtej epoce, jak To czy Stranger Things. Dlaczego twoim zdaniem publiczność tak dobrze reaguje na lata 80.?

Bo tacy goście jak ty i ja pamiętają tamten czas, a minęło już tyle lat, że nawet te jego gorsze strony przegrywają z nostalgią. Każde pokolenie to przechodzi. Kiedy mój ojciec był w moim wieku, pojawiła się ogromna fala miłości do filmu American Graffiti. Wynikało to z tego, że przypominał im dzieciństwo. Stań przy mnie to z kolei film, który dla pokolenia Baby Boomers był powrotem do ich młodości. Ciekawą rzeczą w pisaniu o latach 80. jest to, że od dawna chciałem pisać powieści historyczne i teraz mogę. Nie wiem, czy styl jest pułapką. Myślę, że wszystko, co sprawia, że pamięć staje się trwalsza, może być przydatne. Jedną z rzeczy, które dziś widzimy wraz z powrotem bardziej „przyjaznego” czy „pogodnego” faszyzmu, jest to, że ludzie nie pamiętają, jak się to kończy, a nie kończy się zbyt dobrze dla nikogo.

Zdjęcie opowiada o aparacie, który kradnie wspomnienia osobom sfotografowanym. Myślisz, że bardziej przerażałoby, gdyby ktoś ci je odebrał, czy gdyby stało się to naturalnie?

To, że Alzheimer zabiera wszystko, co pamiętasz o sobie i swojej osobowości, jest bardziej przerażające niż rak. To jedna z najstraszniejszych rzeczy, jakie mogą spotkać człowieka. Kiedy skończyłem opowiadanie, dałem je do przeczytania znajomemu. Jego mama chorowała na Alzheimera przez ostatnie dwa lata swojego życia. Powiedział, że bardzo mu się spodobało, bo zawsze chciał „przyłożyć” Alzheimerowi. Ta historia bierze ideę utraty sprawności umysłowej na starość i ucieleśnia ją w fizycznym wrogu – mężczyźnie zwanym Fenicjaninem. Jest coś satysfakcjonującego w tym, że przynajmniej w świecie fikcji można się bronić. W literackiej piaskownicy możemy zamienić tę straszną chorobę, która odbiera ludziom życie, w coś, co można znienawidzić, zaatakować i się na tym odegrać.

W opowieści Mike odkrywa, jak działa ten aparat, i wykorzystuje tę wiedzę przy tworzeniu smartfonów. Skąd to powiązanie?

Nasze telefony stały się naszymi zewnętrznymi mózgami. Było badanie młodych Brytyjczyków w wieku od 18 do 24 lat – uzyskali oni najniższe wyniki w testach z geografii, historii, polityki i teorii ekonomii spośród wszystkich pokoleń mężczyzn w Wielkiej Brytanii od czasu, gdy zaczęto te badania w późnych latach 60. Kiedy pogłębiono temat, odpowiedź brzmiała: „Nie muszę tego wiedzieć, bo Google wie to za mnie.” Uważam, że przekazaliśmy nasze wspomnienia naszym urządzeniom. W pewnym sensie to wspaniałe osiągnięcie współczesnej nauki, ale można by też argumentować, że niekoniecznie wychodzi nam to na zdrowie.

Czy uważasz, że telefony i media społecznościowe nam służą?

Myślę, że to trudne pytanie. Ta technologia ma z pewnością ogromne, niezaprzeczalne zalety, ale czy przewyższają one równie oczywiste wady, tego nie wiem. To trochę jak z mediami społecznościowymi. Wszyscy są od nich uzależnieni. Wszyscy z nich korzystają. Wszyscy je uwielbiają. Nie da się od nich odejść. Wszyscy jesteśmy całkowicie zanurzeni w życiu, w którym Instagram jest podróbką rzeczywistości. Druga rzecz, jaką zrobiły media społecznościowe, to podzieliły nas na plemiona i codziennie te podziały umacniają. Zachęcają cię, byś wspierał tylko „swoich” i myślał dokładnie tak jak oni, a nagradzają cię za nienawidzenie tych, którzy się z tobą nie zgadzają. Dodały energii rasistom i faszystom oraz stworzyły dla nich bezpieczne przestrzenie i nie jestem przekonany, żeby to w jakikolwiek sposób wyszło nam na dobre.

Czy patrzysz na to jako na materiał do kolejnej opowieści grozy?

W pewnym sensie to moja praca: rozglądać się po różnych aspektach współczesnego życia, brać je i w groteskowy sposób wyolbrzymiać do poziomu fantastyki. W całym zbiorze Dziwna pogoda wiele z tego, co zrobiłem, sprowadza się do wzięcia metafory i uczynienia jej dosłowną. Moja ostatnia powieść, Strażak, też taka była. W pewien sposób opowiada o „wojnach na płomienie” kulturowe, jakie toczymy w internecie. Powiększając coś ponad miarę, czasem można to zobaczyć wyraźniej. To prawdopodobnie prawda w przypadku opowiadania Naładowany, które jest o cotygodniowych masakrach z użyciem broni, jakie teraz mamy. To samo w Deszczu, które jest o zmianach klimatu, tyle że zamiast deszczu z wody, pada deszcz gwoździ. Nie zrobiłem tego, żeby moralizować, ale dlatego, że stopniowe zmiany temperatury czy trochę silniejsze huragany zachodzą tak powoli, że łatwo je przeoczyć. W fikcji można powiedzieć: „OK, postawmy to pod lupą, wyolbrzymijmy i przedstawmy w, miejmy nadzieję, rozrywkowej formie.” W Deszczu masz scenariusz zmiany klimatu, której absolutnie nie da się przeoczyć, bo ludzie są rozrywani na strzępy, gdy tylko wyjdą na zewnątrz. W Zdjęciu masz paranormalny aparat, we Wniebowziętym faceta na chmurze, która wcale nie jest chmurą, a w Deszczu dziwną burzę z deszczem gwoździ, ale Naładowany w ogóle nie jest nadprzyrodzony.

Ponieważ przemoc z użyciem broni jest tak dramatyczna, myślisz, że rezygnacja z elementu fantastycznego daje większą siłę przekazu?

Myślę, że ludzie naprawdę rozumieją problemy tylko poprzez historie. Kilka razy zwracano uwagę, że jeśli powiesz komuś, że 100 000 uchodźców utonęło, próbując uciec z ogarniętej wojną strefy, to nie zrobi to na nim wrażenia emocjonalnego, to tylko liczba na kartce. Jeśli jednak pokażesz im zdjęcie utopionego malucha, którego morze wyrzuciło na plażę, to uderzy jak cios w splot słoneczny. W przypadku Naładowanego chciałem napisać o każdym aspekcie przemocy z użyciem broni, o jakim wiemy jako społeczeństwo, a na który wydajemy się bezradni: mamy nieuzbrojonego czarnoskórego nastolatka zastrzelonego przez policję – bez konsekwencji. Mamy samobójstwa z broni palnej, które są jedną z głównych przyczyn śmierci wśród białych mężczyzn. Mamy masowe strzelaniny. Naładowany przygląda się temu wszystkiemu i mówi coś w rodzaju: „Wow, jest naprawdę dziwnie.” Nie chciałem, żeby to była książka „na czasie”, ani żeby była polityczna. Niektórzy pewnie w to nie uwierzą. Ale moim jedynym celem przy pisaniu historii jest to, żeby chciało się przewracać kolejne strony, żeby bawiła, dawała frajdę i sprawiała, że czytelnik będzie podekscytowany, by zobaczyć, co się wydarzy dalej.

Jako autor horrorów, myślisz, że to ułatwia ci pracę?

[śmiech] Hmm… nie wiem. W pewnym sensie może nawet ją utrudnia, bo myślę, że kiedy codzienność nie była straszna, ludzie bardziej interesowali się tym, żeby się bać. Teraz wystarczy wejść do internetu na pół godziny i już czujesz się, jakbyś zanurzył się w powieści grozy. Myślę, że pod pewnymi względami bezpieczniej jest dziś pisać coś, co daje poczucie komfortu. Osobiście uwielbiam oglądać Foyle’s War i myślę, że częściowo dlatego, że bez względu na to, jak straszne są wydarzenia, na końcu wszystko nabiera sensu. Christopher Foyle przywróci porządek tam, gdzie wcześniej panował groźny chaos.

Czy uważasz, że są jakieś wady w opowiadaniu pocieszających historii, w których na końcu wszystko łatwo się rozwiązuje?

Powiem tak: myślę, że ludzie używają historii, aby zrozumieć swój świat. Tak było od zawsze. To zabawne, bo kiedyś byłem bardzo aktywny politycznie na Twitterze, a teraz prawie całkowicie przestałem w ten sposób się udzielać. Nie zamieszczam już zbyt wiele osobistych treści, częściowo dlatego, że samo to miejsce sprawia, że czuję się nieswojo, a spędzenie tam kilku minut powoduje u mnie niepokój, którego wcześniej nie odczuwałem. Daje mi to ogromny dyskomfort, ale też po prostu nie sądzę, żeby to było pomocne. Jest wielu ludzi walczących o postępowe zmiany, którzy w pozytywny sposób wyrażają się na Twitterze, i to popieram. Uważam, że to dobre. Ale to może nie być najlepszy sposób dla mnie na wyrażanie swoich pomysłów. Ja robię to w moich opowieściach, a nie w tweetach. Historie mogą – jeśli masz szczęście – czasem nieco przesunąć wskazówkę w sposób, w jaki media społecznościowe nie potrafią, bo cokolwiek powiesz w mediach społecznościowych, po prostu ginie w zakamarkach internetu.

Skoro mówimy o mediach społecznościowych i plemienności: Nowa Anglia ma historię małych, zżytych społeczności, w których dzieją się straszne rzeczy – to dobrze przekłada się na fikcję. Myślisz, że mieszkanie tam pomaga w pisaniu?

Taki właśnie jest stereotyp społeczności w Nowej Anglii. To jak w The Lottery, gdzie wszyscy tylko czekają na moment, kiedy ktoś wylosuje krótki patyczek i zostanie ukamienowany przez sąsiadów. Uważam, że świat online jest o wiele bardziej plemienny. Kiedy jest zima, jest śnieżyca i ktoś utknie w zaspie, zatrzymujesz się, by mu pomóc, nie sprawdzając wcześniej jego politycznych referencji ani tego, czy podziela twoje poglądy i opinie. Po prostu wysiadasz i pomagasz. Tymczasem w internecie rozkoszujemy się tym, kiedy osoby, z którymi się nie zgadzamy, cierpią, a ich sukcesy nas brzydzą. Uwielbiamy dołączać do internetowych nagonek. Nienawidzę tego. To obrzydliwe. Nie lubię być osobą, która się do tego przyłącza. Nie lubię tego, co to ze mną robi.

Chciałem porozmawiać trochę o różnicach między Dziwną pogodą a twoimi dłuższymi powieściami, jak Strażak czy NOS4A2, które są ogromnymi, skomplikowanymi epopejami. Czy przejście na formę krótszą i prostszą było wyzwalające?

Zdecydowanie tak. To była świetna zabawa. Rozmawiamy tu o polityce i zmianach społecznych, ale to nie jest tak, że siadam do pisania z zamiarem moralizowania. Myślę, że nikt nie chce, żeby mu prawić kazania. Mam nadzieję, że udało mi się tego całkowicie uniknąć. Jedną z rzeczy, z których jestem dumny w przypadku Naładowanego, jest to, że znam kilku członków NRA, którzy przeczytali to opowiadanie i im się spodobało. Uznali, że wszystko w nim jest prawdziwe, że to w gruncie rzeczy świat, w którym teraz żyjemy. Chcesz bawić. Chcesz, żeby każdy akapit uderzał jak obuchem. Chcesz, żeby strony same się przewracały. Nie chcesz nudzić. Nie chcesz moralizować. W przypadku Dziwnej pogody napisałem wszystkie cztery opowiadania po prostu dla zabawy. To był dobry czas. Każde z nich, nawet to najbardziej ponure i mroczne, pisałem z radością, ciesząc się, że mogę usiąść do pracy.

Czy czujesz, że masz mniej ograniczeń, gdy piszesz ogromną, rozbudowaną powieść?

To, co w tym fajne, to fakt, że zawsze jest ogromną przyjemnością zanurzyć się w wielkim, wyobrażonym świecie, otoczonym przez mnóstwo postaci i wątków. Myślę, że to prawda. Czuję to jako pisarz, ale także jako czytelnik. Obecnie czytam Świat bez końca Kena Folletta. To druga część cyklu Kingsbridge. Ma tysiąc stron. Filary Ziemi mają tysiąc stron. Jego nowa powieść, która zamyka serię, Słup ognia, też ma tysiąc stron. Uwielbiam to. To głębokie zanurzenie w wymyślonym świecie, w którym jest się otoczonym przez ścięcia, tajemnice, seks, nieudane związki, ogromne projekty budowlane, sekrety i kłamstwa. Świetnie jest tam „mieszkać”, ale równie miło mieć coś, co można przeczytać w jeden wieczór. Zdecydowanie uważam, że historie grozy i suspensu często najlepiej funkcjonują, kiedy są na tyle krótkie, że można je przeczytać w dzień lub dwa. Myślę o takich tytułach jak Kobieta w czerni Susan Hill – świetna i przerażająca – czy Nawiedzony dom na wzgórzu Shirley Jackson, który pewnie można pochłonąć w weekend. Ocean na końcu drogi to chyba najlepsza powieść Neila Gaimana i można ją przeczytać w jeden dzień.

Trudno nie porównywać twoich długich książek z książkami twojego ojca. Widzicie podobieństwa w tym, jak podchodzicie do tych historii?

Wszystkiego, co wiem o pisaniu, nauczyłem się od mojego ojca, jeśli nie nauczyłem się tego wcześniej od mojej mamy. NOS4A2 jest w pewnym sensie horrorem o horrorach, tak jak To jest horrorem o horrorach. Strażak jest bardzo wyraźną, współczesną wersją Bastionu.

Czy pisałeś te książki w inny sposób? Czy zamierzałeś, żeby były krótsze?

Tak po prostu wyszło. Myślę, że artyści przechodzą przez okresy kurczenia się i rozszerzania. Zrobiłem dwie dość zwięzłe powieści — Pudełko w kształcie serca i Rogi — potem zacząłem się „rozszerzać” przy NOS4A2 i Strażaku, które są dużymi, epickimi książkami. Teraz zdaje się znowu „kurczę”. Dziwna pogoda to cztery krótkie powieści, a ostatnio piszę opowiadania. Może następna książka będzie zbiorem 12–15 opowiadań, jak Upiory XX wieku. Jestem niesamowicie kurczącym się pisarzem. Kto wie — za parę lat może wydam tomik haiku.